O zmianie, przekonaniach i zrobieniu pierwszego kroku
Rok temu odszedłem z Castoramy, z którą zawodowo byłem związany przez 24 lata. Dla wielu osób była to odważna decyzja. Słyszałem to wielokrotnie. Ja sam nie myślałem wtedy o sobie w ten sposób.
Ta decyzja nie pojawiła się jednak z dnia na dzień. Długo dochodziłem do momentu, w którym zacząłem lepiej rozumieć siebie — to, co jest dla mnie ważne, co daje mi energię, w czym czuję się dobrze i co chcę robić dalej.
Kiedyś usłyszałem zdanie Jacka Walkiewicza: „W życiu warto być sobą, ale trzeba wiedzieć, kim się jest”. Zostało ze mną na dłużej. Bo chyba trudno świadomie wybrać swoją drogę, jeśli nie bardzo wiemy, czego chcemy, co jest dla nas ważne i co naprawdę daje nam poczucie sensu.
Mnie zajęło to sporo czasu. Dopiero z czasem zacząłem coraz lepiej rozumieć, że chcę pracować z ludźmi inaczej niż dotychczas. Coraz bardziej interesowało mnie to, co dzieje się w człowieku, kiedy stoi przed zmianą, mierzy się z własnymi ograniczeniami, lękiem czy brakiem pewności siebie.
I kiedy w końcu poczułem, że chcę spróbować zbudować coś własnego, podjąłem decyzję.
To nie znaczy jednak, że byłem w 100 procentach gotowy.
Miałem doświadczenie. Przez wiele lat zarządzałem ludźmi, podejmowałem decyzje i brałem odpowiedzialność. Pracowałem w środowisku, które dobrze znałem. A mimo to po odejściu pojawiły się pytania: Czy to była dobra decyzja? Czy dam sobie radę? A jeśli mi nie wyjdzie? Czy naprawdę jestem na to gotowy?
Myślę, że właśnie ten moment zna wiele osób. Możemy wiedzieć, że obecna sytuacja już nam nie służy. Możemy nawet mieć pomysł, w którą stronę chcielibyśmy pójść. A mimo to stoimy w miejscu, czekając na moment, w którym w końcu poczujemy się gotowi.
Pułapka gotowości
Przez wiele lat byłem przyzwyczajony do działania według określonego schematu: plan, cele, zadania, terminy. To był świat, który znałem. Świat, w którym można było wiele rzeczy przewidzieć, zaplanować i podzielić odpowiedzialność.
Po odejściu wszystko wyglądało inaczej. Nie było zespołu ani osób, którym można było przekazać część zadań. Byłem ja, nowe umiejętności, nowy zawód i wiele rzeczy, których wcześniej nigdy nie robiłem.
I wtedy zrozumiałem coś, co w teorii wydaje się oczywiste, ale w praktyce wcale takie nie jest: można mieć ogromne doświadczenie, a mimo to w nowej rzeczywistości znowu poczuć się początkującym.
A to potrafi mocno zachwiać pewnością siebie. Zwłaszcza jeśli przez lata byliśmy przyzwyczajeni do tego, że wiemy, co robimy i potrafimy przewidzieć konsekwencje swoich decyzji.
W zmianie często tego komfortu nie ma. Nie znamy jeszcze całej drogi, nie wiemy, co wydarzy się za zakrętem i nie mamy gwarancji, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. I właśnie wtedy bardzo łatwo pomyśleć: „Jeszcze nie jestem gotowy”.
Co tak naprawdę nas zatrzymuje?
To zdanie może brzmieć bardzo rozsądnie. Być może rzeczywiście potrzebujemy zdobyć nową wiedzę, nauczyć się czegoś albo lepiej się przygotować. Ale czasami za brakiem gotowości kryje się coś zupełnie innego — nasze przekonania.
Muszę być w 100 procentach przygotowany. Najpierw muszę mieć pewność, że mi się uda. Nie mogę popełnić błędu. Jeśli mi nie wyjdzie, to znaczy, że poniosłem porażkę.
Takie myślenie może skutecznie zatrzymać nas w miejscu. Bo jeśli warunkiem rozpoczęcia działania jest pełna gotowość i pewność, że wszystko się uda, możemy czekać bardzo długo.
Czasami pojawia się też perfekcjonizm. Chcemy zrobić coś dobrze — najlepiej od razu. Mieć dopracowany plan, odpowiednie kompetencje i wszystko dokładnie przemyślane. Problem polega na tym, że w nowych sytuacjach bardzo często uczymy się właśnie poprzez działanie. Jeśli więc czekamy na moment, w którym wszystko będzie idealnie przygotowane, możemy nigdy nie ruszyć.
Perfekcjonizm czasami wygląda jak ambicja. Ale czasami jest po prostu dobrze ukrytym lękiem przed popełnieniem błędu.
Jedno z przekonań, które szczególnie mocno wiąże się ze zmianą, można zamknąć w prostym zdaniu: „Najpierw muszę być gotowy, żeby zacząć działać”.
A co, jeśli kolejność jest inna? Co, jeśli nie muszę być gotowy na wszystko? Co, jeśli mam już wystarczająco dużo, żeby zrobić pierwszy krok?
Pewność siebie przychodzi z działaniem
Niedawno trafiłem na wypowiedź Mel Robbins, która bardzo dobrze uporządkowała coś, czego sam doświadczam od pewnego czasu. Jej myśl była prosta: pewność siebie nie musi pojawić się przed działaniem. Bardzo często budujemy ją właśnie wtedy, kiedy zaczynamy robić rzeczy, których wcześniej się obawialiśmy.
I to do mnie trafia.
Przez długi czas wydawało mi się, że kolejność powinna wyglądać inaczej: najpierw przygotowanie, potem pewność, a dopiero później działanie. Dzisiaj coraz bardziej widzę, że bardzo często jest odwrotnie.
Robimy coś, czego wcześniej nie robiliśmy. Sprawdzamy się. Zdobywamy doświadczenie. Czasami coś wychodzi, a czasami nie. Wyciągamy wnioski i próbujemy ponownie. I dopiero wtedy zaczynamy myśleć: „Może jednak potrafię”.
Pewność siebie nie zawsze jest więc warunkiem działania. Czasami jest jego efektem.
Oczywiście nie chodzi o to, żeby podejmować każdą decyzję bez zastanowienia. Przygotowanie jest ważne. Wiedza jest ważna. Plan również. Ale przychodzi taki moment, w którym kolejne przygotowania przestają nas przybliżać do celu. Stają się sposobem na uniknięcie działania.
I być może wtedy warto zadać sobie uczciwe pytanie: czy naprawdę potrzebuję jeszcze więcej przygotowania, czy po prostu boję się zrobić pierwszy krok?
A jeśli się nie uda?
To pytanie również dobrze znam. Bo za lękiem przed działaniem często stoi właśnie ono: A jeśli mi nie wyjdzie?
Przez długi czas porażkę traktowałem trochę jak przeciwieństwo sukcesu. Dzisiaj patrzę na to inaczej. Porażka może być etapem w osiąganiu celu.
Nie musi oznaczać końca drogi. Czasami oznacza, że wybrany sposób nie zadziałał. Że trzeba coś zmienić, czegoś się nauczyć albo spróbować inaczej.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy jeden nieudany krok traktujemy jako dowód, że się do czegoś nie nadajemy. Wtedy łatwo zrezygnować.
A przecież droga do celu rzadko wygląda jak prosta linia. Czasami trzeba się zatrzymać, zmienić kierunek albo wrócić o krok. To również jest część drogi.
Budowanie nowego życia w tempie starego
To była jedna z ważniejszych lekcji mojej własnej zmiany.
Po odejściu z Castoramy nadal oczekiwałem od siebie rezultatów. Chciałem realizować cele, dowozić i szybko widzieć efekty — tak jak przez poprzednie lata.
Tylko że zapominałem o jednej rzeczy.
Próbowałem budować nowe życie w tempie starego.
A tak się po prostu nie da.
Nie mogłem oczekiwać od siebie takich samych rezultatów po roku, jakie osiągałem po 24 latach pracy w środowisku, które znałem niemal od podszewki. Budowanie czegoś od nowa wymaga czasu.
Wymaga też zgody na to, że nie wszystko będzie działało od razu. Że część pomysłów trzeba będzie zmienić, z czegoś zrezygnować, a czegoś nauczyć się od nowa. I że nie każdy krok będzie udany.
Ale to nie znaczy, że idziemy w złym kierunku.
Czasami po prostu jesteśmy w procesie.
Nie musisz być gotowy na całą drogę
Dzisiaj nadal mam cele i plany. Nadal uczę się nowych rzeczy. Nadal zdarzają mi się momenty zwątpienia. Ale coraz mniej potrzebuję wiedzieć dokładnie, jak będzie wyglądała cała droga.
Zrozumiałem, że nie muszę być gotowy na wszystko. Wystarczy, że jestem gotowy na kolejny krok.
Czasami tym krokiem będzie rozmowa, którą od dawna odkładamy. Czasami wysłanie jednej wiadomości, rozpoczęcie projektu albo zmiana pracy. A czasami po prostu przyznanie przed sobą, że obecna sytuacja już nam nie służy.
Pierwszy krok nie musi oznaczać rewolucji. Ale może przerwać moment, w którym od miesięcy, a czasami nawet lat, tylko zastanawiamy się, co zrobić.
Bo zmiana nie zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy się bać.
Zmiana zaczyna się wtedy, kiedy lęk przestaje podejmować za nas decyzje.
Ja nadal jestem w drodze. I być może właśnie dlatego temat zmiany jest mi tak bliski. Nie patrzę na nią z perspektywy człowieka, który wszystko już poukładał i znalazł odpowiedzi na wszystkie pytania. Sam nadal ich szukam.
Ale wiem już jedno: nie muszę mieć pewności, że wszystko się uda. Nie muszę być gotowy na całą drogę.
Wystarczy, że zdecyduję się zrobić kolejny krok.
Bo być może właśnie tam zaczyna się zmiana.
Towarzyszę w zmianie.